
Naszą wędrówkę na Toubkal rozpoczynamy w szóstym dniu naszego pobytu w Maroku. Po aklimatyzacji w afrykańskim klimacie udajemy się do wioski Imlil, gdzie czeka na nas nasz przewodnik, zwany przez Polaków Leszkiem 🙂
Jest to niezwykle miły człowiek — spokojny, cierpliwy i opanowany, a przede wszystkim pełen pasji w swojej pracy. Byłam oczarowana podejściem Leszka do roli przewodnika wysokogórskiego. Ze względu na wykonywany zawód miałam do czynienia z wieloma przewodnikami i mogę śmiało powiedzieć, że jest to najlepszy przewodnik, jakiego kiedykolwiek spotkałam w swoim życiu.



Po zakwaterowaniu we wspaniałym miejscu z widokiem na nasz górski cel, czyli Toubkal, udajemy się na spacer aklimatyzacyjny pod wodospady. Tam raczymy się najlepszym (jak dla mnie) napojem w Maroku – świeżo wyciskanym sokiem z pomarańczy 🙂 Świetnie gasi pragnienie i jest przepyszny! W Polsce niestety takiego soku nie napijemy się!


Po spacerze udajemy się na obiadokolację do berberyjskiego domu. Dlaczego berberyjskiego, a nie marokańskiego? Ponieważ Berberowie stanowią około 90% mieszkańców tej części Maroka — a nasz przewodnik również jest Berberem. Byliśmy niezwykle zauroczeni zarówno ich gościnnością, jak i potrawami, którymi nas uraczyli. Na stole pojawił się tradycyjny tadżin z kaszą kuskus oraz przepyszny chleb. Oczywiście nie zabrakło także herbaty miętowej.
Po noclegu i obfitym śniadaniu wyruszamy o godzinie 9:00 na pierwszą część podejścia. Naszym celem na dziś jest schronisko pod Toubkalem, położone na wysokości 3200 m n.p.m. Początkowo podążamy szeroką doliną, a po około 20 minutach zaczynamy stopniowe podejście pod górę, zdobywając wysokość. Na początku trasy znajduje się punkt kontrolny, gdzie przewodnik zbiera nasze paszporty w celu ich okazania i wpisania nas do rejestru wejść. Po kontroli ruszamy dalej.
Po drodze mijamy kolejne grupy zmierzające w tym samym kierunku. Spotykamy także osły i konie, które transportują bagaże turystów do schroniska. Można bowiem wybrać taką formę transportu i wędrować „na lekko”.

My oczywiście transportujemy wszystko na własnych barkach. Dzięki temu idziemy też wolniej, co pozwala nam na odpowiednią aklimatyzację. Nasz przewodnik zwraca ogromną uwagę do tempa, który podążamy. Idziemy bardzo wolno, pijemy bardzo dużo wody, często zatrzymujemy się na podziwianie widoków i fotografowanie. Idziemy niespiesznie. Mamy czas na wszystko, co potrzebujemy. I to jest piękne!



Po około trzech godzinach wędrówki zatrzymujemy się na odpoczynek i posiłek (oczywiście wcześniej dla nas zarezerwowany). Na stole pojawia się tradycyjny tadżin z kurczakiem i kaszą kuskus, ale to nie wszystko — czekają na nas także inne smakowite potrawy. Nasi turyści są naprawdę świetnie zaopiekowani, przede wszystkim dzięki posiłkom bogatym w węglowodany i kalorie, które są niezwykle ważne przy tak dużym wysiłku.
Nie wszyscy mają jednak takie szczęście — obserwujemy inne grupy i ich skromniejsze posiłki. Zarówno oni, jak i my, jesteśmy zaskoczeni tym, jak wygląda nasz obiad. Pragnienie gasimy świeżo wyciskanym sokiem z pomarańczy. Mamy też chwilę na rozmowę z polskimi turystami, którzy właśnie schodzą z trasy.
Po odpoczynku ruszamy dalej.

Powyżej wchodzimy już w strefę śniegu, ale nie zakładamy raków — śnieg jest ubity, więc idzie się całkiem wygodnie. Z każdym krokiem jesteśmy coraz wyżej, co zaczyna dawać się we znaki. Oddychamy miarowo i poruszamy się spokojnie, krok za krokiem. Schronisko jest już coraz bliżej.
Po około trzech godzinach, tuż po zachodzie słońca, docieramy na miejsce. Kwaterujemy się w 20-osobowym pokoju, gdzie każdy zajmuje swoje wyznaczone łóżko. W schronisku dostępne są koce, jednak większość z nas korzysta z własnych śpiworów.
Po obiadokolacji i krótkiej rozmowie o planach na kolejny dzień udajemy się na nocleg. W salach wciąż słychać rozmowy turystów — są tu także Polacy — jednak nikt specjalnie nie ma ochoty na nawiązywanie nowych znajomości. Wszyscy myślą już tylko o odpoczynku, bo za kilka godzin czeka nas pobudka.


Wstajemy o godzinie 2:50, a już o 3:00 meldujemy się na śniadaniu. Tak — na śniadaniu! W domu nawet nie przyszłoby mi do głowy, żeby o tej porze coś jeść, ale tutaj wygrywa rozsądek. Przed nami bardzo długi dzień, więc potrzebujemy solidnej dawki kalorii.
Na dole panuje ogromny gwar — o tej godzinie większość grup właśnie zaczyna dzień. Przed schroniskiem obowiązkowo zakładamy raki i czołówki. Czekan w jedną rękę, kijek w drugą — i ruszamy!
To właśnie tutaj tak naprawdę zaczyna się nasza wysokogórska przygoda. Wyraźnie odczuwamy niższą zawartość tlenu, przez co oddycha się trudniej. Idziemy powoli, krok za krokiem, podążając śladem naszego przewodnika. W ciemności widzimy jedynie światełka czołówek — przed nami i daleko za nami.


Po około dwóch godzinach marszu zaczyna się przejaśniać. Nasze oczy cieszą się widokiem górskich szczytów skąpanych w promieniach wschodzącego słońca. Zatrzymujemy się na chwilę na przełęczy, skąd do szczytu pozostało już tylko około 30 minut drogi.
Jesteśmy na wysokości ponad 4000 m n.p.m. Serce bije szybciej, a wzrok mimowolnie kieruje się ku szczytowi. Jeszcze tylko chwila…


Słońce jest już wysoko i całkowicie oświetla szczyt Toubkala (4167 m n.p.m.). W tych okolicznościach zdobywamy szczyt! Jest nieco po godz. 09:00. Udało się! Wszyscy zdobyli szczyt! Mamy także nowicjuszkę na tej wysokości! 🙂 Po obfotografowaniu szczytu udajemy się w drogę powrotną.


Dopiero na zejściu robimy zdjęcia pamiątkowe i zachwycamy się pięknem gór! Z każdej strony góry! Chciałoby się wszędzie wejść…




Schodzimy do schroniska. Po szybkiej herbatce i ponownym spakowaniu plecaków, schodzimy w doliny. Przed nami jeszcze około 5 godzin drogi!


Wczoraj ten odcinek pokonywaliśmy w dwóch częściach, a dziś musimy przejść go w całości jednego dnia. Na szczęście mamy czas — nie musimy się spieszyć 🙂 Po drodze delektujemy się widokami.
Na trasie znajdujemy też chwilę na obiad i drobne zakupy. Dziś słońce praży niemiłosiernie, więc co jakiś czas staramy się schować w cieniu — o ile w ogóle da się go znaleźć! Drzew tu nie ma, ale na szczęście są ogromne polodowcowe głazy, które dają choć odrobinę wytchnienia od upału.


W końcu, około godziny 17:00, docieramy z powrotem do Imlil. Emocje buzują — z jednej strony ogromnie cieszymy się z naszego sukcesu, z drugiej jednak czujemy smutek, bo nasza marokańska przygoda powoli dobiega końca.
Żal nam również rozstania z naszym przewodnikiem, który okazał się niezwykle ciepłą i empatyczną osobą. Żegnamy się i ruszamy samochodem do Marrakeszu, skąd już dwa dni później wylatujemy do Polski.
Dziękuję za przeczytanie tej relacji 🙂
Jeżeli marzysz o wejściu na Toubkal z grupą znajomych, a nie wiesz jak się za to zabrać – napisz do nas! Chętnie przygotujemy dla Ciebie taką wyprawę 🙂